“Dobrze to pamiyntom, tego się niy zapomino”. Pani Teresa żałuje, że wielu z tych tradycji już nie ma

Gdzie, jak nie w powiecie, o świątecznych obyczajach wiedzą najwięcej? No i kto więcej wie od pani Teresy, prowadzącej w Sośnicowicach Naszą Izbę Tradycji, w której urządziła niemal kompletny stary dom, wyposażony w sprzęty zbierane po przodkach.


Wielkanoc zawsze zwiastowała początek wiosny, więc zakładało się lżejszy płaszcz i półbuty nawet wtedy, gdy było jeszcze zimno. Jeśli zaś święta wypadały w drugiej połowie kwietnia i na dworze robiło się ciepło, do Wielkanocy i tak chodzono w odzieniu zimowym.

 
– Wielkanoc zaczyno się już od Środy Popielcowej, czyli od Wielkiego Postu. To czas sprzątania domu, żeby na świynta woniało świyżościom. Rezygnuje się tyż z przyjemności. Jo odmawiom se maszkytów. W Wielkim Poście jest sześć niedziel – zaczyna swoją opowieść o Wielkanocy z dzieciństwa, czyli lat 70., Teresa Szymońska, mieszkanka gminy Sośnicowice.


Sześć niedziel Wielkiego Postu

– Moja oma godali, że jest niedziela sucho, niedziela gucho, czorno, bioło, goiczno i potym ta ostatnio, palmowo. Z suchom niedzielom chodziyło o to, że jadło się postnie, jałowo, bez tłuszczu. Niedziela gucho – trza się wyciszyć. Niy było już zabaw, wesel, babskich combrów. Czorno – bo na dworze jeszcze ciymno, dni krótsze. Bioło – idzie ku lepszymu. Goiczno – wystrojone dziołszki chodziły po wsi i śpiywały. Nazwa pochodzi od słowa goik, czyli stroika z choinki, zdobnego w kokardki. Dziołszki śpiywały zawsze „Goiczek zielony pięknie wystrojony”. A chopcy mieli inno wersja. Lotali po wsi za dziołszkami i… niy wiym, czy moga to przytoczyć… – śmieje się pani Teresa. Daje się jednak namówić, więc po chwili śpiewa: „Goiczek zielony, pięknie przystrojony, łosrały go wrony, żeby był zielony, łosrały go sroki, żeby był szyroki”.

Baśka na ból gardła

Niedzielą szóstą była palmowa – do dziś chodzi się do kościoła, by święcić palmy. A te wyglądają różnie, w zależności od rejonu Śląska. W podgliwickiej gminie Sośnicowice były skromne, bez dodatków, jak kolorowe kwiatki czy kokardki, mierzyły zaś tylko do 40 centymetrów. Robiono je z zerwanej w polu wierzby. Czasem dokładano bukszpanu i wszystko przewiązywano sznurkiem. Po święceniu zrywało się jedną „baśkę” (włochate bazie) i… jadło. Wierzono bowiem, że to uchroni od bólu gardła.

– Jo tego nigdy niy umiała przełknąć. Moja oma brali nóż, pociyli i godali: wartko, wartko, popij – śmieje się Szymońska.

Część poświęconej palmy wkładało się za obraz – miała chronić od piorunów i złych mocy. Na terenie Sośnicowic panował zwyczaj jeszcze inny – z palmowych gałązek robiło się krzyżyki, a w wielkanocną niedzielę lub poniedziałek szło z nimi na pole i wbijało w skibę ziemi – aby w polu się darzyło i nie przyszła na nie zaraza. Rodzina pani Teresy zwyczaj ten kultywuje do dziś.

Wielki Czwartek – do kościoła wzywają klekotki

W Wielki Czwartek w kościele „zawiązuje się dzwony”. Ma panować cisza. Ministranci chodzą więc dookoła świątyni z klekotkami i tak wzywają na mszę.

– Ponoć kiedyś chodzili przez wieś. Jo tego niy pamiyntom, ale moja oma godali, że jak klekotki słyszysz, czas do kościoła się zbiyrać.

W Wielki Piątek zanurz się w rzece

W Wielki Piątek, wcześnie rano, chodzi się myć do rzeki lub stawu. „Pani o tym słyszała?”, pyta mnie Szymońska. „Niy? O, jacie!”. Zdziwiona opowiada, że „gymba i nogi trza umyć w blank zimnyj wodzie”, na pamiątkę przejścia pana Jezusa przez rzekę Cedron. A jak ktoś jest chory, to wodę mu się przynosi, żeby wyzdrowiał. Aby do tego zwyczaju zachęcić dzieci, w pobliżu rzeki czy stawu rozrzucano dawniej pomarańcze, wtedy tak niedostępne. Dziś w Sierakowicach (wieś w gminie Sośnicowice), gdzie mieszka rodzina pani Teresy, najmłodsi pędzą nad rzekę, bo w pobliżu znajdą czekoladowe jajka.

W Wielki Piątek zasłaniano też lustra. Szymońska mówi, że w ten dzień człowiek nie powinien się upiększać, tylko myśleć o śmierci pana Jezusa.

Wielka Sobota – zamiast święcenia pokarmów, opalanie palm

W Wielką Sobotę święciło się wodę, którą potem wlewano do zawieszonych przy drzwiach kropielnic. Święcona woda w kropielnicy musiała być zawsze, bo gdy wychodzono z domu, trzeba było zrobić nią sobie znak krzyża, co chroniło od złego. W sobotę chodziło się też opalać palmę do ogniska przy kościele – ogień był oczywiście poświęcony przez księdza.

– Moja mama wkłodała w palma małe szczypki, takie drewno z sokiem żywicznym, żeby się lepij opoliło. Z tej opolonej palmy robili my potym te krzyżyki, z którymi chodziło się na pola.

Co ciekawe, na terenie Sośnicowic nie święcono kiedyś pokarmów. Dlaczego, wyjaśnił pani Teresie znany językoznawca, profesor Jan Miodek, podczas jednego z konkursów gwary śląskiej, w którym sośnicowiczanka brała udział. Okazuje się, że tradycji święcenia pokarmów nie kultywowano na ziemiach poniemieckich, do jakich Sośnicowice przecież należą. Z koszyczkami do kościoła mieszkańcy zaczęli chodzić dopiero w latach 80., gdy zwyczaj ten wprowadził ówczesny proboszcz parafii.

Niedziela Wielkanocna i szukanie zajęczego gniazda

W niedzielę, wiadomo – wcześnie rano rezurekcja. A potem… szukanie w ogrodzie lub sadzie zajęczego gniazda, w którym czekały prezenty. Mama pani Teresy (bo przecież zającami byli tak naprawdę rodzice) gniazdo robiła „na górze”, czyli na strychu, gdzie leżała słoma i siano.

Poniedziałek Wielkanocny – wiadrem wody w dziewczynę

Śmigus-dyngus. Od kilku lat pani Teresa zauważa, że ten zwyczaj zanika. Kiedyś… oj, kiedyś to chłopcy chodzili od chałupy do chałupy, sikali wodą albo parfinem, za co dziewczęta dawały im kroszonki.

– Ja, ja, dobrze to pamiyntom, tego się niy zapomino – Szymońska wspomina jedną przygodę. Szła z kościoła, wystrojona, gdy zatrzymał się przy niej strażacki wóz. Uchyliła się szyba, pojawił wąż i poszła woda pod ciśnieniem. Ona nie zdążyła słowa powiedzieć. Prócz tego po wsi chodziły bandy chłopców, którzy lali całymi wiadrami!

Kroszonki, baby i hekele

Pani Teresa żałuje, że wielu z tych tradycji już nie ma. Zauważa też, że pewne obyczaje znikają z powodu trwającej już drugą Wielkanoc pandemii. Ona jednak stara się je podtrzymywać. W tym roku znów gotowała jajka w szkorupinach z cebuli i zdobiła je metodą tradycyjną, pszczelim woskiem, szkrobiąc zapałką. Choć metoda to pracochłonna.

Na jej stole zawsze muszą też być, tradycyjnie, swojskie wędliny (najlepiej samodzielnie uwędzone) oraz drożdżowa baba z lukrem. W Wielkim Poście zaś obowiązkowo je się hekele, czyli słone śledzie – wymoczone, oczyszczone i wymieszane z jajkiem na twardo, cebulą, pieprzem, solą, łyżeczką masła, oleju lub majonezu. Pani Teresa przygotowała nawet specjalny wierszyk, przypominający, jak śledzie przyrządzała jej babcia.

„Na Wielkanoc nasi starka hekele robili.
Na początek słonego śledzia dobrze wymoczyli,
dwa jajka na twardo uwarzyli, jedna cebula ku tymu dołożyli,
wszystko drobno posiykali i mostrichu trocha dali,
korzyniym pokruszyli, oleju ździebko kapnyli,
warzechom porządnie wymieszali i z chlebym abo kartoflami podowali.”

Marysia Sławańska

Słowniczek
woniało – pachniało
maszkyty – słodycze
oma – babcia
gymba – twarz
blank – całkiem
parfin – perfumy
kroszonki – pisanki
szkorupiny – skorupy
szkrobać – skrobać
mostrich – musztarda