(Prawie) miesiąc z Ulicznikami. W przyczepie, na obrotowej scenie i pod wieszakiem na pranie

Z Piotrem Chlipalskim/Dyrekcją rozmawia Małgorzata Lichecka/Redaktora.


Nie wiem, czy w tej sytuacji pogodowej, mogą z naszych ust paść słowa “gorąco polecamy”, ale przecież gorąco polecamy. Przepraszam, musi być o pogodzie. Co dyrekcja widzi w gwiazdach, a może raczej w smartfonie?

Dyrekcja już dekady temu pogodziła się z rażącą przewagą przeciwnika. Choć od czasu do czasu próbuję zaklinać chmury, albo jeżdżę ściągać pogodowe kataklizmy na siebie – i lubię myśleć, że to choć trochę pomaga. Ale też w tym roku mamy kilka rozwiązań mocno hybrydowych – zaczynamy instalacjami posiadającymi własne dachy, co trochę ułatwia w deszczu… ale też sprawia, że jest naprawdę gorąco, gdy jest naprawdę gorąco; a kończymy w Ruinach, gdzie, po raz ostatni przed remontem, ani na nas nie będzie padać, ani, mam nadzieję, nie będzie za ciepło, za to szalenie malowniczo.

Zazwyczaj, kiedy kończymy festiwal, zastanawiam się co będzie za rok, jakie uliczne rzeczy Gliwice zobaczą i usłyszą? I wie Dyrekcja co? Są zaskoczenia. Ja na przykład czekam na męskie syreny i świat z prześcieradeł. Tak od bajki do prozy życia.

A nie wydaje Ci się, że obie propozycje („Male Mermaids” Bratři v Triku i „Tancarville” Le G. Bistaki) są równie daleko od prozaiczności, co od sensu stricte bajkowości? I w obu przypadkach mężczyźni wchodzą w mocno ikonicznie kobiece role, na sposób zdecydowanie surrealistyczny. Dwie Męskie Syrenki (Męscy Syrenowie? – kto, co? – Syreni?) i czterech facetów uporczywie nie radzących sobie z rozwieszaniem prania per se. Za to w obu przypadkach malowniczość gwarantowana. I chyba łączy je ta sama dziecięca (chłopięca!) fascynacja przedmiotem – Le G. Bistaki z tego bezlistosnego szukania zastosowań dla prozaicznych, zdawałoby się, elementów uczynili metodę pracy – Państwo pamiętają prawie tonę kukurydzy fruwającą malowniczo w parku lat temu… siedem?

Le G. Bistaki_Tancarville

Teatr uliczny to taki barometr nastrojów, filtr, przez który artyści i artystki przepuszczają emocje, ale też je rozprzestrzeniają. Tam jest ckliwość, miłość, śmierć, samotność, obcość, złość. Talia nastrojów, którym ulegamy na co dzień. Na ulicy widzimy to w kondensacji i najczęściej pięknie opowiedziane.

Jak każdy teatr chyba, z tą tylko różnicą, że z braku czwartej ściany (i pozostałych trzech również) – rękę do widza wyciągamy dużo częściej i chyba dużo świadomiej. Trzymając się Twojej karcianej metafory – lubię myśleć, że udaje mi się wciąż znajdować karty, które nie są bezlitośnie zgrane, a które wciąż wnoszą jakiś element zaskoczenia. I tu cieszy, że znów mamy premiery – cztery polskie i jedną najprawdziwszą, co to jej nikt jeszcze nigdzie nie widział.

Arrived / mat. organizatora

Raduje się serce me kulturalne, że znowu będziesz zapraszał do przyczepy cudów. W sensie, że poznamy kolejne i kolejne opowieści z zaskoczenia. Sztuka improwizacji to chyba najbliższa dyrekcji forma bytu ulicznego.

Oj, bo ciężko udawać, że rzeczy wokół się nie dzieją – a ulica dowozi przemożną ilość zdarzeń równoległych. Ale też, nie ukrywajmy – najlepsza improwizacja to ta dobrze przygotowana… na fakt improwizowania. I tym jest chyba nasz „Imaginarius”, którego rok temu w szesnastu odsłonach sprawdzaliśmy w wersji prapremierowej na Alei Przyjaźni, kompletnie bez świadomości, gdzie nas to może zaprowadzić. A zaprowadziło do premiery na La Stradzie w Bremie, gdzie miesiąc temu zagraliśmy, na oko, 42 dwujęzyczne opowieści i chyba jesteśmy gotowi na to, co przyniosą kolejne. Taka ładna wolność w kompletnym braku pewności, co będzie następne, a jednocześnie możliwość zmiany ścieżki, gdy się już na nią wejdzie. Mamy więc dla państwa (w grupach po 20 osób, na 15 minut) takie kameralne, chwilami sensoryczne słuchowisko, choć mamy też Bardzo Pokojowo Do Siebie Nastawione przezrocza!

IKARY, Teatr Migro /fot. Anna Orzylowska

Plakat festiwalu jest wyborny. Kwintesencja ulicy w zasadzie w jednym znaku graficznym. Oko i cylinder. Taka magia z kapelusza, ale też sygnał, że mamy patrzeć i widzieć. Przyszło mi do głowy, że Dyrekcja powinna zrobić wystawę plakatów i opowiedzieć o tych kreskach.

W kontekście niepokojów związanych ze sztuczną inteligencją, urocze jest to, że na palcach jednej ręki policzyć prace, które z nią trochę przesadziły – a nasza laureatka to niemal pełny analog – do tego, w tej uroczej prostocie, dająca sporo możliwości na jej alternatywne warianty. A w kwestii wystawy… Nam co roku brakuje na ogarnięcie tego czasu i energii, więc co roku gdzieś tam się odkłada pomysł, że gdyby doszło do 20. edycji, to wreszcie pokażemy wszystkie zgłoszone prace. Na palcach szacuję, że jest ich trochę ponad 5 tysięcy. Z tego można powoli osobny festiwal uturlać (śmiech).

Muzikanty /fot. Michał Buksa

Co gorąco polecasz w 19. edycji Uliczników, która zaczyna się 4 lipca, a kończy 28 lipca? Gdzie wylądujemy?

Oj, z kronikarskiego obowiązku powinienem chyba wymienić wszystko, o czym jeszcze nie wspomniałaś? Zatem wszystkie propozycje familijno-dziecięce, w Parku Chopina, w cieniu, pod drzewami – bardzo w tym roku muzycznie, lalkarsko. Adriana Schvarzsteina – pomysłodawcę i reżysera Kamchatki, która wędrowała po starówce parę lat temu, w podobnej, choć odrobinę bardziej szalonej formie zaczepiania świata, tym razem w duecie. Teatr Migro, z ich tegoroczną premierą – o wolności, choć chyba bardziej o naszych wewnętrznych klatkach. No i, oczywiście, otwierające festiwal Panorama Kinotheatre – obrotowe kino na kurzej łapie, w którym to Państwo będziecie równocześnie filmem i widownią, w czterech prezentacjach klasyki kina. I ten szwajcarski wynalazek sceniczny łączy wszystkie elementy naszej pogawędki – będzie i dach i nie-dach, spora dawka grupowej improwizacji, ale za tona bardzo znane tematy, do tego absolutny brak czwartej ściany, a jednocześnie dosłowne pudełko dla widzów. Cudna klamerka… jak do wieszania prania!

Szczegółowy program festiwalu
www.ulicznicy.pl