„Psycholog próbował mi wmówić skłonności do samookaleczania”. Czy „dziara” pasuje do munduru?

Policjantowi zabrania się tatuażu w widocznym miejscu. Jeśli taki ma, przełożony może nie dopuścić go do służby. Tak mówią przepisy. Jeżeli jednak przełożony będzie się ich trzymał kurczowo, niedługo pozbędzie się podwładnych. Poza tym niektórzy komendanci sami mają „dziary”.

 
Funkcjonariuszy z tatuażami jest w szeregach policji coraz więcej, także w Gliwicach. Wśród młodzieży panuje teraz moda na takie zdobienie ciała. A to ci młodzi rekrutują się potem do służby. Jeśli formacja będzie wybrzydzać, może mieć problem z ludźmi.

Podinspektor Marek Słomski, oficer prasowy gliwickiej policji twierdzi, że coraz częściej kandydaci – i mężczyźni, i kobiety – pytają, czy z tatuażem mają szansę na pracę w gliwickim garnizonie.


– Odpowiadam zgodnie z zarządzeniem komendanta głównego, wydanym w roku 2013 – mówi podinspektor. – To zarządzenie w sprawie regulaminu musztry w policji. Zabrania ono umundurowanemu funkcjonariuszowi eksponowania widocznego tatuażu. A jeśli takowy posiada, przełożony może nie dopuścić go do pełnienia służby lub nawet od niej odsunąć.

Zarządzenie nie nadążyło za modą

Mój rozmówca, młody funkcjonariusz służący w komendzie miejskiej (chce pozostać anonimowy), w szeregi policji wstępował już wytatuowany. Przyznaje: komisja rekrutacyjna miała z jego rysunkiem na przedramieniu problem.

– Psycholog próbował mi wmówić, że mam skłonności do samookaleczania – opowiada.

Policjanci wstępujący do służby 20, 30 lat temu mówią wprost: kiedyś uważano, że człowiek robiący sobie „dziary” jest niestabilny emocjonalnie, ma skłonności do depresji i autodestrukcji.

– Czasy się zmieniły – odpowiada nasz policjant. – Tatuaże mogą być, ale w czasie służby – niewidoczne. Przełożeni nie mają nic przeciwko. Powiem więcej: nikt się nie czepia nawet wtedy, gdy rysunek jednak widać. Mnie jeszcze nikt nie zwrócił uwagi, mimo że noszę koszulki z krótkim rękawem. Nie wiem, jaka byłaby reakcja w przypadku tatuażu na twarzy, szyi. Myślę też, że tatuaż mógłby być punktem zaczepnym, gdyby policjant podpadł szefowi.

Może komendanci nie zwracają uwagi, bo sami są wytatuowani? Szef jednego z komisariatów (na wyraźną prośbę nie podajemy, jaka to jednostka), ma, jak to się mówi potocznie, w dziarach całą rękę.

„Dziarę” ma także emerytowany policjant Paweł Kopernik, były komendant I komisariatu przy ul. Kościelnej, a potem komendant miejski w Zabrzu. Wytatuował się jeszcze w latach 90., jako młody funkcjonariusz. Nigdy z tego powodu nie miał kłopotów. Jego tatuaż znajduje się wprawdzie w okolicach ramienia, więc jest przykryty ubraniem, ale podczas przebierania się w mundur i tak wiele osób go widziało.

Z kolei Jarosław Milczyński, były komendant trzeciego komisariatu przy ul. Pszczyńskiej, zawsze był przeciwnikiem tatuaży w ogóle, a u policjantów w szczególności.

– Cenię sobie jednak wolność. Jeśli policjant chce mieć tatuaż, proszę bardzo. Ale nie powinien go eksponować. To nie licuje z mundurem, na którym widnieje polski orzeł.

Milczyński zaznacza, że mówi czysto teoretycznie, bo jego podwładni się nie tatuowali. Przynajmniej nie w miejscach widocznych. Nie było takiej mody. Co zrobiłby dziś, gdyby był jeszcze w służbie? Nic.

– Policja cierpi na braki kadrowe. Nie mógłbym sobie pozwolić na odsunięcie wytatuowanych funkcjonariuszy, bo nie miałbym ludzi. A choćbym nawet takiego mundurowego raz odsunął, co dalej? Przecież nie pójdzie do łazienki i się nie umyje.

Są jednak policjanci, którzy na widoczny tatuaż mogą sobie pozwolić. Ba, czasem jest on nawet wskazany. To kryminalni – tajniacy, którzy nie noszą mundurów, ale wtapiają się w tłum. Im wolno więcej. Paweł Kopernik, były szef gliwickiej „jedynki”, twierdzi jednak, że czasem i tajniakowi tatuaż może zaszkodzić.

– Tu trzeba uważać. Jeśli tatuaż jest charakterystyczny, będzie znakiem rozpoznawczym dla przestępców. Po nim poznają później śledczego i zostanie on jako tajniak spalony – mówi emerytowany komendant.

Paznokcie krótkie, kolczyki drobne, broda schludna

Przełożeni w policji zdają się coraz częściej pewne rzeczy odpuszczać. I nie chodzi tu tylko o tatuaże. Ceremoniał mówi wprost, jaki powinien być wizerunek umundurowanego policjanta. Wizerunek nienaruszający powagi munduru, w którym reprezentuje się państwo.

Chodzi na przykład o biżuterię. Dopuszcza się jedynie zegarek, i to na czarnym pasku lub srebrnej czy złotej bransolecie. Policjantki mogą nosić drobny pierścionek, małe kolczyki. Nie mogą mieć intensywnego makijażu, a nawet… pomalowanych paznokci. Dalej – zabronione są kolczyki w brwi czy nosie, ekstrawaganckie fryzury, brody u mężczyzn, rozpuszczone włosy u kobiet. Funkcjonariusze w okularach nie mogą mieć jaskrawych oprawek. No i na koniec – umundurowany policjant nie może iść ulicą z reklamówką czy siatką na zakupy. Jeśli zaś przenosi dokumenty, to w teczce koloru czarnego, bez nadruków.

Obserwując mundurowych w samym tylko garnizonie gliwickim, można jednak zauważyć, że część z nich reguły nagina. Mamy na przykład w komisariacie w Pyskowicach czy na gliwickiej „dwójce” dzielnicowych z brodami, które zdają się przekraczać opisany w ceremoniale „krótki zarost”. Jeden z dzielnicowych w Łabędach nosił swego czasu modnego irokeza. Na paski od zegarków chyba nikt nie zwraca uwagi. Zdarzają się ciut mocniejsze makijaże u kobiet, pomalowane czy za długie paznokcie. Zdarza się też, że panie w mundurach galowych mają nieprzepisowo krótkie spódnice. Z siatkami, na szczęście, nikt jeszcze nie chodzi.

Marysia Sławańska