Do lokalu przy ulicy Zwycięstwa przyjechała słynna restauratorka. Podekscytowany dziennikarz robi selfie przytulając się do auta ze stolicy. Uśmiech na twarzy szeroki i podpis: „Magda Gessler powiedziała, że fajnie jest w Gliwicach”. Od dwóch dni przyjazd gwiazdy całkowicie zdominował lokalne media.
Dawno mnie nie było. Nie miałam natchnienia. Nie przychodziło, jakby wszystkie greckie muzy się obraziły. I nagle przyszło, a nawet przyjechało – z Warszawy, wypasionym autem, w powłóczystej szacie i z burzą blond loków na głowie. Zaparkowało na zakazie, wysiadło, oparło się na chwilę o miejską latarnię, zapozowało, rzuciło czymś na kształt uśmiechu i zniknęło w coctail barze, który tymczasowo jest zamknięty, bo też, jak ja, czekał na natchnienie.
W tym samym momencie zobaczyłam na fejsie zdjęcie – lokalny dziennikarz robi sobie selfie z moim natchnieniem, przytulając się do wypasionego auta ze stolicy. Uśmiech na twarzy szeroki, podekscytowanie i podpis: „Magda Gessler powiedziała, że fajnie jest w Gliwicach”. Wtedy przybyły do mnie aż dwie muzy – Talia i Melpomene. Komedia i Tragedia. Oto więc jestem, bo to, co w tym tygodniu wydarzyło się w Gliwicach, wymaga komentarza.
Do lokalu przy ulicy Zwycięstwa przyjechała gwiazda telewizji, słynna restauratorka (przez złośliwych nazywana najsłynniejszą polską kucharką), która w całym kraju dokonuje kuchennych rewolucji. I co ja widzę w nagłówkach?
„Magda Gessler weszła do kultowego lokalu przy rynku”. Albo: „Magda Gessler wróciła na Śląsk. Padło na znany bar w sercu pięknego śląskiego miasta”. Hmm… Kultowy? To prawie legendarny. Jakoś nie pasuje mi to do lokalu, który działa w mieście może ze trzy lata. A znany? Gdyby tak było, nie potrzebowałby ingerencji osoby znanej z telewizji. Tyle media społecznościowe. Najlepszy popis dali jednak dziennikarze lokalni.
Pamiętacie takie sceny z filmów o polskiej wsi w wieku dziewiętnastym? Czworaki odwiedza jaśnie pan. Stary Józef, ściągając słomiany kapelusz, ryczy na całe gardło „ludziska, dziedzic jedzie”, wycierając przy tym brudne dłonie w konopną koszulę, jakby liczył, że dziedzic uściska mu prawicę. A ludziska przytuliły się do powozu i wpadły w podekscytowanie. Tymczasem dziedzic przyjechał, oparł się o drzewo (bo latarni jeszcze nie było) i wykrzywił usta na kształt uśmiechu. „Pracujcie, pracujcie, a jakby wam czego trzeba było, to sobie załatwcie”. Powiedział i pojechał. A stary Józef skomentował, że ludzki pan.
I tak dokładnie wyglądało to w Gliwicach. Selfiki, zdjęcia, relacje, okrzyki, machanie rękami, piski. Ja się tym ludziom, szczególnie młodym, czekającym na gwiazdę, którą widzą w swoim telewizorze, nie dziwię. Dziwię się jednak lokalnym mediom, które zachowały się właśnie jak ten stary Józef w słomianym kapeluszu, zapowiadający przybycie dziedzica. Lokalni dziennikarze dostali zbiorowego rozwolnienia.
„Przyjechała pani Magda, kto ma blisko, niech wpada. Jeszcze nie weszła do lokalu”.
„Magda Gessler w Gliwicach, witamy!”.
„Kuchenne rewolucje dzień drugi. Czekamy na panią Magdę”.
„Przyjechała pani Magda”. „Ludzie czekają na Magdę Gessler”.
„Magda Gessler już prowadzi rewolucję w Gliwicach. Jest w lokalu przy Zwycięstwa”.
„Magda już w Gliwicach”.
I tak dalej.
Gliwice. Politechnika, biznes, nowe technologie, naukowcy i inżynierowie, lekarze, którzy po raz pierwszy w Polsce dokonali przeszczepu twarzy. Nie jakiś zaścianek, ale spore miasto w aglomeracji górnośląskiej. Tymczasem media pokazały, że jesteśmy małomiasteczkowi i tacy, jak myśli o nas „warszafka”. Prowincja.
Akurat wtedy, gdy nastąpiło to zbiorowe medialne szaleństwo, był dzień trzeźwości. Nie dotyczyło to, niestety, umysłów.
I na koniec. Na jednym z gliwickich portali czytam: „Magda Gessler w Gliwicach wzbudziła niemałą sensację”. Nie byłam na miejscu, ale z relacji filmowych wynika, że dzikie tłumy gliwiczan pod bar na Zwycięstwa nie przyszły. Bo gliwiczanie pakowali akurat śniadanie do pracy albo już w pracy byli, odwozili dzieci do przedszkola, czekali w kolejce do kasy w markecie lub na swoją kolej u lekarza, biegali po parku Chrobrego, pili kawę i jedli ciastko w kawiarni. I nie zdejmowali przed gwiazdą słomianych kapeluszy, bo nawet ich nie mieli. Wiem za to, komu słoma wyszła z butów.
Marysia Sławańska


