Czym były „Godne Święta”, kto przynosił prezenty? Boże Narodzenie na Śląsku przybliża Barbara Kmietjan

Rodzina przy wieńcu adwentowym. Górny Śląsk, lata 20 - 30. XX w. Fot. P. Schau/MwG

Na dawnym Śląsku tradycje związane ze świętami Bożego Narodzenia łączyły głęboką wiarę z ludowymi wierzeniami. Symbole religijne mieszały się z przedchrześcijańskimi zwyczajami i przesądami, różne „magiczne” praktyki miały zapewniać dobrobyt, oswajać rzeczywistość i nieznaną przyszłość.

 
Niektóre z tych dawnych tradycji kojarzymy do dziś, większość jest jednak obecnie nieznana i mało zrozumiała. Dlatego zwyczaje z przeszłości mogą wydawać się czasami dziwne i trochę naiwne, niezmiennie pozostają jednak częścią dziedzictwa kulturowego. Przypomniało o nich gliwickie Muzeum, organizując w Zamku Piastowskim warsztaty „Godne Święta w śląskim domu”. Dawne obyczaje, popularne kiedyś zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach w różnych częściach Śląska, przybliżała Barbara Kmietjan, muzealna edukatorka.

Czym były „Godne Święta”?

Pierwsza ciekawa informacja ukryta została w tytule warsztatów. – Według starego kalendarza, istniejącego przed obecnym, juliańskim, noc z 25 na 26 grudnia była końcem starego i początkiem nowego roku. To „zetknięcie się” to właśnie symboliczne gody i stąd m.in. mamy nazwę „godne święta” – wyjaśnia Barbara Kmietjan.


Świąteczne tradycje obecne były na dawnym Śląsku już od początku adwentu. – Kościoły i wiele śląskich domów zdobiły wieńce adwentowe z czterema świecami zapalanymi w kolejne niedziele. To one odmierzały czas do Bożego Narodzenia – opowiada edukatorka. Domy zdobiły też tzw. „betlejki”, czyli niewielkie szopki ze sceną narodzenia Jezusa, które stawiano na szafkach lub komodach. W kątach izby stały z kolei snopki słomy, którymi po Wigilii gospodarz opatulał drzewka w sadzie. W Wigilię drzewkiem należało potrząsnąć, by zapewnić dobry plon.

Prezenty przynosiło Dzieciątko

Najwięcej zwyczajów dotyczyło Wigilii (od łacińskiego „vigiliare” – „czuwanie”). Od rana kobiety zajmowały się przygotowywaniem wieczerzy, a panowie nie odmawiali sobie drobnych psikusów czy – ponoć typowo męskiej zabawy – strzelania z batów. Należało oczywiście posprzątać dom (porządki zaczynano już od dnia św. Łucji – 13 grudnia) i ubrać choinkę, którą najczęściej zdobiono orzechami opatulonymi w sreberka, jabłkami, piernikami, ozdobami z bibułek i kolorowego papieru, łańcuchami ze słomy i oświetlano prawdziwymi świeczkami. Drzewko było oczywiście żywe, więc w domach pięknie pachniało. Prezenty pod świąteczną choinkę w tradycji śląskiej przynosiło Dzieciątko.

„Magiczne” dawne symbole i obrzędy:

• należało być grzecznym, nie kłócić się, oddać wszystkie pożyczone rzeczy i niczego nie pożyczać, żeby szczęścia nie wydać z domu;
• dzieciom nie wolno było podjadać, żeby w brzuchach nie zalęgły się… robaki,
• znany był obyczaj pasowania na złodzieja – dobrze było dla żartu coś podkraść, np. kawałek ciasta i pozostać niezauważonym;
• nie wolno było rąbać drewna – żeby głowa nie bolała, wbijać gwoździ w ścianę – żeby uniknąć bólu zębów, trzymać łokci na stole – żeby ręce nie chorowały;
• należało zachowywać się cicho, bo tego dnia w domu obecne miały być dusze zmarłych;
• zgodnie z porzekadłem „czapka na stole, krety zryją pole”, nie pozostawiano na stole nakryć głowy, bo kretowiska – zwłaszcza pod progiem domu – zwiastowały rychłą śmierć gospodarza;
• warto było trzymać pod wigilijnym stołem siekierę albo młot górniczy, co miało chronić przed chorobami nóg;
• od stołu można było odejść dopiero, gdy już wszyscy byli nasyceni i zakończyli wieczerzę, bo kto złamał zakaz, ściągał na siebie ryzyko śmierci lub nieszczęścia.

Przy wigilijnym stole

Na świątecznym stole stawiano krzyż, paliły się świece, a pod obrus wkładano drobne pieniądze mające zapewnić rodzinie dostatek na cały rok oraz sianko (symbol ubóstwa i żłóbka, w którym leżał mały Jezus).

Sygnałem do rozpoczęcia wieczerzy była – tak jak wciąż dzieje się w niektórych domach – pierwsza gwiazdka, której wypatrywały dzieci zniecierpliwione oczekiwaniem i całodziennym postem. A było na co czekać, bo jadła na stole pojawiało się sporo. W mało którym domu na co dzień się przelewało, ale w Wigilię i święta stół opływał w dobra, a przynajmniej przygotowywano te podstawowe, tradycyjne dla Śląska bożonarodzeniowe potrawy – podkreśla edukatorka.

W miarę możliwości starano się, aby na stole pojawiło się 12 potraw upamiętniających 12 Apostołów. Jak informuje Barbara Kmietjan, nie w każdym domu panował aż taki dobrobyt, ale z pewnością na przykrytym obrusem stole nie brakowało zupy rybnej i grzybowej (obyczaj wigilijnego barszczu przywędrował do nas później, ze Wschodu). Jedzono też siemieniotkę z kaszą (zupa z siemienia konopnego z pogańskimi krupami), moczkę (bakaliowa potrawa z suszonych śliwek i piernika), makówki (makowo-miodowo-bakaliowa potrawa warstwowo przekładana bułkami) i tzw. peczkę, czyli kompot z suszu owocowego.

Na stole miała być też sól, chleb, ziemniaki, groch, fasola, kasza, śledzie, kapusta z grzybami, orzechy, jabłka. Jedzenia miało być tyle, by przez święta już nie gotować, tylko odgrzewać przygotowane dania.

Przed rozpoczęciem wieczerzy modlono się i dzielono opłatkiem, który symbolizował m.in. wdzięczność i przebaczenie dawnych win. Opłatek, tyle że kolorowy, dawano też zwierzętom, które o północy ludzkim głosem miały wydawać opinię o gospodarzach.

Po wieczerzy śpiewano kolędy, a najmłodsi zaglądali pod choinkę z nadzieją, że Dzieciątko o nich nie zapomniało. O północy wszyscy domownicy szli na pasterkę. Pierwszy dzień świąt spędzano z najbliższą rodziną, drugi – dzień św. Szczepana – był dniem odwiedzin bliskich i przyjmowania kolędników. Wizyta kolędników była ważna, bo miała gwarantować dobrobyt.

(żms)/UM Gliwice(mf)
fot. materiały Muzeum w Gliwicach (zdjęcie główne koloryzowane przez 24gliwice.pl)